Kategorie: Wszystkie | Fotoblog z Korei | Notki
RSS

Notki

poniedziałek, 22 grudnia 2008

Kochani! Znaczy - Kochane i Kochani!

Wróciłam z weekendu w Seulu. Pogoda niepiękna - raczej brzydka. Po drodze kilka miast, w deszczu przedwczoraj,  w zimnym wietrze i słońcu - dzisiaj.

Wstawiłam bigos i właśnie zabieram się za rybę w galarecie - gotuję łby i kręgosłupy, które kupiłam przy pomocy mimiki i gestów, od Adjumy na targu rybnym. Za grosze i uśmiech. Wzamian dostałam te łby z korpusami, plus mnóstwo uśmiechów i ukłonow - Azja, taka uprzejmość.

Śniegu nie uświadczysz! Musi wystarczyć ten z Chicago w CNN -nie.... :-(

Pozdrawiam najserdeczniej Was - których nie znam, ale jakbym już znała. Miło było i ciepło.
Dziękuje Wam, wszak to mój debiut blogerski!

Hanysie miły! Jak miło sie godo o kuchni z Woma! (Wyśledziłam już bloga Szpilowegohajama - trafię!)

Z ciepłymi życzenimi świątecznymi - Małgorzata Kalicińska :-)

15:20, malgorzata.kalicinska , Notki
Link Komentarze (7) »
czwartek, 18 grudnia 2008

Wpadł Wojtek z białym winem. Tadeusz przy nim ożywa, i chłopaki zaczynają żarty, rośnie nam krzywa humoru, wesoło się robi.
Gdy tylko wszedł pociągnął nosem i zaraz wyczuł, że usiłuję suszyć miejscowe borowikowpodobne.
- Że też ci się chce, kobieto? Przecież suszone tu są.
- Ale…Widziałam suche shiitake, i mun, a te borowikopodobne?
- No, nawet chyba i te…
- OK., sprawdzę. Ale buraczków – na lekarstwo!
- Ja widziałem gdzieś… Chyba w Tesco, ale pieruńsko drogie i takie …knypki…
- Eeee, na barszcz dla tylu osób, to muszę mieć z 3 kilo. Może nawet zakwasiłabym, ale z knypków nie… Porządne, najlepiej takie podłużne, z mojego bazaru od pani Michasi. Mają tyle soku, jak pomarańcze! I barszcz, barszczyk, barszczunio jest jak poemat! Westchnęłam nostalgicznie.

Wojtek znów się poprzekomarzał ze mną na temat produktów zastępczych, bo według Niego, po, co się tak napinać?
Zamiast śledzia – podać tuńczyka z puszki, albo łososia, zresztą tu tyle ryb… Zamiast pierogów z kapustą – kupić koreańskie pierożki z mięsem i kim-chi, zamiast barszczu zrobić zupę cytrynową po grecku postną, i zamiast bigosu udusić opłukaną kapustę kim chi z wieprzowiną.
- Prawie to samo, i mniej roboty – mówi z emfazą.
- „Prawie” – czyni wielką różnicę – odpowiedziałam, ale Wojtek nie skumał, bo nie zna polskich reklam.
- Gośka zakisiła ogórki! – Wanda nie wytrzymała.
- Królowo! – Wojtek się rozpromienił – Ja ci się udadzą, pocałuję Cię w stopy!

Zasiedliśmy do kolacji i… Namlaskać się nie mógł nad rybą. Białego chrzanu nie ma, więc rozrobiłam zielone wasabi ze śmietaną i wyszło OK. Ciekawie! Prawie identyczne z naszym chrzanem.
- Widzisz, takie cuda zrobiłaś z dostępnych!
Po jego wyjściu, Wanda zdradziła tajemnicę:
- On już przy opłatku się wzrusza i siorbie nosem! A jak zobaczy te twoje śledzie…. Nie za mało ich zrobiłyśmy?
Chyba tak.
Trzeba dokupić wasabi, i nastawić mleko na ser do sernika i…
- Wanda zapiszmy, bo zapomnimy! I włącz płytę! Niech pada śnieg przynajmniej w piosenkach! Czas przedświąteczny też potrzebuje oprawy!
 
To jeszcze nie koniec.
Niedługo się zacznie to, co w każdym polskim domu.
Przygotowania do świąt, do spotkania z najbliższymi.
Tu, w Korei, to przyjaciele Wandy i Tadzia, pracownicy stoczni, Polacy. Emigranci. Trzeba być razem!
Brak polskich produktów – robiłam twaróg, i kisiłam to, co lubimy. Kapustę ogórki, zasoliłam śledzie, bo tam nie ma… Kuchnia, to określone smaki, zwyczaje, potrawy. Utęsknione szczególnie, gdy daleko od ojczystego domu.
Każdy dom, ma swoje tradycje – warto je składać opisywać, bo z tego tworzy się coś, co określa specyfikę polskiej Wigilii, a czy ona na Podhalu, czy w Ulsan… 

A przy okazji, pisząc, opisując, blogując, można wygrać konkurs Tchibo!
No? Kto wygra?

14:52, malgorzata.kalicinska , Notki
Link Komentarze (5) »

Rano w lodówce nie znalazłyśmy z Wandą śladu po paście jajecznej.

- Zeżarł całą i dla niepoznaki zmył po sobie miseczkę! – Wanda Holmes zdiagnozowała sprawę. Zjadłyśmy tosty z serem i pomidorem, i poszłyśmy do pralni po firanki, ale jeszcze ich nie było, bo coś tam, ale co, nie pojęła nawet Wanda. Przeprosinom i ukłonom, nie było końca. Eeee tam! Dzień w tą, czy w tamtą? Czy to ważne? 

Dzisiaj jeszcze wyprawa do sklepów ogrodniczych. Znalazłyśmy taki wielki, za centrum handlowym w Ulsan.Wybrałam piękny jałowiec w donicy. Był jeszcze taki cisopodobny, a może tutejsza odmiana cisu po prostu, ale droższy. Jałowiec pachnie, i o to chodzi głównie. Później może stać w loggi albo można go wkopać koło domu, na grządce z jakimiś kwiatkami uwiędłymi, z lata. Wieczorem ma wpaść Wojtek. Już zrobiłam na próbę kilkanaście kulek ryby po żydowsku, w galarecie, z wielkiej ryby, z targu. Wyszła bardzo podobnie do mojej, w domu robionej! Zrobię ją w galarecie, na tutejszą Wigilię.Dobrze, że Wanda ma jeszcze dwa opakowania żelatyny.

09:15, malgorzata.kalicinska , Notki
Link Komentarze (3) »
środa, 17 grudnia 2008
Ależ mam zakwasy!
Wanda jak mamusia, siedziała za barierką, a ja przypominałam sobie, jak to było?
Najpierw za ciasno zawiązałam buty, i zabolały golenie.
Później lekko poluzowałam i przypomniałam sobie, jak to się robi.
Ludzi sporo i tacy pouśmiechani, zagadani ze sobą. Wzruszające są starsze pary. Jadą powoli, spacerem. Rozmawiają.
A ja – sama jak córeczka Wandy, za każdym razem, gdy Ją mijam – macham.
Ona rozgrzewa się kawą. Wzięła w termosie.
- Wanda – podjeżdżam do bandy – daj łyka!
Cieszę się ruchem, jazdą! Ale jest fantastycznie! Tyle lat w zapomnieniu!
- Będziemy mogły częściej, mamusiu? – żartuję, ale pytam na poważnie.
- Oczywiście córeczko! – Wanda się uśmiecha.
Dobrze, że przyjechałam!
Widzę po Niej, jak się wyluzowała, jak Jej dobrze ze mną, bo nadajemy na tych samych falach, bo Ona tu dość samotna z Tadziem i jednak daleko do Kraju.
Łatwo się aklimatyzuje, jak sama mówi, ale przyjemnie Jej to widzę, że ma bliską, babską duszę obok, i wyrękę!
Wracam szczęśliwa i lekko zmęczona.
- Popatrz Wanda. Jakby w ogóle świąt nie było.
- No, bo tu nie ma… 
- Ale mimo wszystko, brak mi tych akcentów których w Europie, nadmiary! Już teraz chciałabym żeby choinki w parkach, lampki nad ulicami, Mikołaje w saniach, w każdym markecie i dzieci, które nie wiedzą – prawdziwy czy nie?…
- Brak ci blichtru? Tej krzykliwej komerchy? No, kto by pomyślał? A mnie nie! – Wanda nie ma nostalgicznego podejścia do Świąt. Albo udaje…
W domu kąpiel.
Padam z nóg po tych łyżwach.
Obejrzeliśmy wreszcie ten film o świętach Wakacje w domu. Do niego, po szklanicy piwa, pod kanapeczki z pastą jajeczną, którą zrobiłam na kolację.
23:06, malgorzata.kalicinska , Notki
Link Komentarze (3) »
Poranek i południe w domu.
Zrobiłam Tadeuszowi na lunch zupę – zwyczajną zacierkę z ziemniakami, i skwareczkami z cebulą. Wzruszył się. Latami takiej nie jadł. W bidulu taką dawali, gdy na drugie bywało bogaciej – jakieś bitki, czy co.
Ale ja i bitek nie zrobiłam. Wypróbowałam tutejsze grzybki. Kupiłam cały koszyczek takich ich różnorodności – opieńkopodobnych i shiitake, i tych borowikopodobnich i innych, nie podobnych do niczego, co znam.
Zrobiłam duszone z cebula czosnkiem i śmietaną.
Takie po naszemu! Z bagietką (bo bagietkę kupiłam w „Paris bouette").
Pyszne są. Już się do nich przekonałam i zaczęłam podsuszać borowikopodobne. Czas jest!
Upiekłam znów szarlotkę i zaniosłam Pooji. Usadziła nas i podała jaśminową herbatę, bardzo chwaliła ciasto. Pokazała nam nowe ciuszki dla szkraba i pokoik dla dziecka.
Jednak najbardziej spodobał mi się mały hamaczek, który zawiśnie koło łóżka Pooji i Jej męża. Dar z domu rodzinnego od jednej z ciotek. Sama go utkała!
 
Po południu, po masażu, Wandeczka zaordynowała łyżwy…Trzeba spalić szarlotkę!
10:55, malgorzata.kalicinska , Notki
Link Komentarze (1) »
wtorek, 16 grudnia 2008

Spałam mocno po wczorajszym dniu pełnym wrażeń.
Zapomniałam z tego wszystkiego pozaglądać do kapusty, ogórków i śledziopodobnych.
Jak będę za często, to z pewnością się zbuntują i nic z nich nie wyjdzie, więc tylko popatrzyłam na śledziopodobne przez szkło.
Solanka ciemnawa, ryby…jak ryby. Lekki zapaszek śledziowy już jakby, jakby…
Kapusta zamknięta w gliniaku. Tylko ciuutkę wieczka uchyliłam i pociągnęłam nosem. Cuuuuuuude! Jaki zapach! Będzie dobrze!
Ogórki zmieniają kolor … Pienią się lekko.

Ważne maile z domu.

Mamo!

Zimno jakniewiemco. Dobrze że mam tę  kurtkę z kapturem, o którą się skłóciłyśmy – kojarzysz? Jest brzydka, ale jednak cudna! Masz rację w ortalionie pocę się i zagrzewam w sklepach i wnętrzach. Drelich – lepszy.
Kupuję powoli prezenty. Lubię – znaczy.
Staskowi książkę Tomasza Kwaśniewskiego „Pamiętnik ciężarowca” – o mężczyźnie spodziewającym się dziecka. Znaczy, Jego żona się spodziewa, ale on jest takim świadomym tatuśkiem.
Staś i Izą myślą o dziecku, to niech się Stacho utożsamia.
Dla Izy kremy – wiem, jakie chciała. I chińską bańkę do rozmasowania celulitu, Stasiek już wie jak to się robi.
Z ojcem – problem jak zawsze. Może film na DVD? Masz pomysł – jaki? „Bomby miny karabiny” – ma wielki zbiór, wystarczy mu!
Babci to samo co zawsze, bo lubi, mojemu Jaśkowi koszulę – fantastyczna! Pamiętasz tę z karaluchami? Teraz kupiłam zieloną, z wielką, kolorową papugą na jednym rękawie (niech żyją second handy!) Już ją uprałam uprasowałam i poskładałam jak sklepową. Na tekturce z życzeniami od Mikołaja.
A Ci  - co Ci? Wot zagwozdka! Słownik polsko koreański?
Chyba widziałam taki  w wersji elektronicznej, na laptopa…
Baw się dalej w kuchareczkę eksplorerkę! Aha i napisz jak zrobić rybę po żydowsku!
Pa. B.

Mail do Baśki:

Daj spokój ze słownikiem! Nie wymówię tych słów!
Trudne, inne. Zaraz wylatują z głowy.

Masz tu rybę:
Najlepsza słodkowodna np., tołpyga, karp - ale musisz starannie usunąć ości.
Zmielesz to na maszynce – raz na normalnych oczkach i jeszcze raz! To małe pasztetowe sitko zostaw, bo się zrobi breja, budyń rybny.
Dodaj jajko, sól, pieprz i do mielenia dodawaj cebulę i suchą bułkę (pamiętasz jak mi pomagałaś? Co jakiś czas suchą bułkę w kawałku - gdy przytyka się maszynka, to ona zbiera pozostałości).
Zetrzyj ciut gałki muszkatołowej, pieprzu sporo, mówiłam Ci, że ryba ma być słodko pieprzna. Rozmoczone w ciepłym piwie rodzynki, odrobię cukru ciemnego.
Zagotuj wywar z marchwi i cebuli (dodałam ostatnio płatki migdałów - smakowało Wam).
Zwilż pieluszkę i zawiń, formując wałek) gotuj 40 min na bardzo wolnym ogniu.
Nastaw sobie timer!
Ja już ugotujesz całą rybę, zrób żelatynę i wlej do wywaru.
Schłodzone wałeczki pokrój i ułóż na półmiskach. Pamiętaj o jednym dla babci!
Włącz lodówkę tę pod schodami i tam wstaw galaretę z rybą uprzednio zawinąwszy półmiski w alufolię.
I nie rób za dużo, bo się zeschnie.
Do galarety też dodaj pieprzu!

No. Poradzisz sobie. Buziak, bo Wanda czeka. Idziemy na łyżwy. Znaczy ja – bo Ona cięgle ma rękę w gipsie.
Pa, moja kochana dziewczynko! Idę na masaż.
Mama.

09:34, malgorzata.kalicinska , Notki
Link Komentarze (6) »
poniedziałek, 15 grudnia 2008

Pozdejmowałam firanki i zasłonki mimo protestów Wandy.
Po co czekać na Tadeusza – kiedy sama dam radę?
Porządki.
No jakoś trzeba! Ogólnie czysto tu, ale jak szmatki z okien zapachną – będzie milej!
Zasłonki są ładne i mądrze skrojone tylko do parapetów (właściwie parapety są takie wąskie, że ich nie ma) Zaniosłyśmy je do pralni i zaszłyśmy po chleb do francuskiej piekarenki. Taka ona francuska jak ja prima – balerina. Koreańczyk to prowadzi i wypieka, tylko ma receptury europejskie. Robi chleby ciemne takie z pestkami dyni i bagietki zwykłe i włoskie jak ciabatta. Także białe pieczywo tostowe, takie wielkie, kwadratowe kromki jak z waty. Paskudztwo, ale schodzi, bo tu sporo jest Brytyjczyków i chyba Amerykanów, przywykłych do tego czegoś. No i Koreańczycy to jedzą.
Niemcy pieką sami, albo kupują taki ziarnisty, ciemny…

Podłogi u Wandzi i Tadeusza są całe w wykładzinie łatwej do mycia mopem, więc żadne wielkie harowanie, szorowanie, mycie, pastowanie - nas nie czeka i dobrze! Nigdy, nawet w domu się aż tak nie spinałam.
Żeby do świat dociągnąć na ostatnich nogach? Półprzytomna? Też coś!
Pitraszenie.
W moim domu owszem robiło się trochę typowo polskich dań, ale mało pracochłonnych, za to ciasto drożdżowe – klasycznie rodzice na zmianę wyrabiali w miednicy i piekli duuuużo. Z rodzynkami – zwykłe i strucle z powidłami.
Ja nie umiem…
- Ja też – Wanda wzruszyła ramionami – Poza tym nie wierzę ci. Ty wszystko umiesz! Jakbyś się zaparła, to i chleb upieczesz!
- Na szczęście nie widziałam tu drożdży, więc możesz mi tak deptać po ambicji. I tak nic z tego!

Tuż po pralni i piekarni pojechałyśmy do tego… Daegu.
Daleko, ale warto było!
Sklep nazywa się Costco i faktycznie są tu produkty w wielopakach, ale i detal. Dużo koreańskich ale i europejskie. Ja mówi Wanda – robione tu na wzór i podobieństwo…
Wielka powierzchnia jak nasze Makro Cash & Carry.
- Wanda, źle to widzę… 
- Mówiłam ci. Może jednak coś wyskrobiemy? Patrz, co to? Tam?
- Eeee. Sałata taka botwinkowa w typie redichio. To nie są buraki, Wandeczko…

Faktycznie żadnego nawet wspomnienia po koncentracie, ani sproszkowanych buraczków. Nic! To zbyt typowo polskie, więc zmieniamy (ja zmieniam) pomysł na zupę wigilijną. Grzybowa, ale suszonych naszych grzybów nie ma. Będzie z surowych.
- A jakby te podsuszyć?
- Chce ci się? Daj spokój, już i tak zaszalałaś z tą kapusią i rybami! Weźmy łososia wędzonego. Zabulimy, ale jest dobry!

Szukałyśmy, łaziłyśmy między regałami, ale świątecznego – nic. Duże opakowanie wołowiny, i jeszcze jakieś mrożone mięsa tylko po, to, żeby Wanda miała zapełniony zamrażalnik, i że tu jednak ciut taniej.

- Co z choinką? – Pytam, bo sztucznych też brak.
-  Jak sugerowałaś – żywy, pachnący jałowiec w doniczce. Nie chcę plastiku!
- Ja też! Pachnąco ma być, skoro barszczu nie ma, niech będzie choinka!
- A co ma piernik…? – zaśmiałyśmy obie, i słusznie. Aby nie zwariować.
- Ty już i tak zaszalałaś… - Wanda się wyraźnie sumituje,
- Ja się, moja droga, doskonale bawię. Trochę jak na podwórku, w dom. Łopian to był rabarbar, liście derenia – to pieniądze, piasek, to mąka i kasza… I przecież tu jest tak samo. Śledziopodobne muszą robić za śledzie.
-Gośka, ale mi głupio, że tak się…
- Daj spokój! Znakomicie się bawimy – prawda? Przy okazji poznaje Koree i ciekawostki. Wanda, ja taki „mamusizm” mam we krwi. Ja muszę!
- A, skoro musisz!

Pogodzone wracałyśmy do Ulsan. Byłyśmy po drodze tak głodne, że skręciłyśmy do jakiegoś miasteczka coś zjeść.
No, no….
Pani w knajpeczce przyniosła nam na nic nie przydatna kartę (po koreańsku) więc Wandeczka zamówiła coś znając już miejscowa kuchnie tyle – o ile.
Bibimbap. To chyba to było w samolocie! Ale jakże inne!
Ha! Jakby nasze europejskie risotto, ale z innymi dodatkami.
W kamionkowej miseczce ryż, i poukładane ładnie i kolorowo – kawałeczki wołowinki w cieniutkich płatkach, szczypiorek, paseczki marchewki chyba podgotowanej, bo nie surowej, wodorosty w paseczkach – kilka rodzajów, i zielsko w postaci szpinaku takiego jakby z patelni. Na tym wszystkim sadzone jajo.
Obok miska z zupą. Dziwny rosół z wodorostów.
Trzeba go dolać do miski z Bibimbapem.
Próbuję.
Pani przynosi jeszcze jedną miseczkę innej zupy.
O… dziwne ale fajne! Gorące i ma smak bardzo… zwyczajny. Risotto!
Nie omaszczam tego ichnią pastą ostra jak nieszczęście bo lubię smaki niezmącone ostrością.  
Popijam dziwna zupą – gorąca, o błotnistym kolorze. Jakby tam było rozpuszczone takie smaczne zresztą, blotko z liśćmi. O! Kawałki tofu!
- Fajna, dziwna – mowie do Wandy, która zgrabniej niż ja wyjada łyżeczką bibimpbap.
- To taka zupa ze sfermentowanej soi. Coś jak japońskie miso, ale miso jest ciemne jak grzybowa z suszonych a ta taka…
- …błotnista – powiedziałam mając na końcu języka „sraczkowata”, ale nie wypada!
- …lekko sraczkowata – co? – szepcze Wanda, i wie, że w moim towarzystwie to uchodzi, bo nas łączy 100 lat przyjaźni
– Ale ja ją lubię! – Ciągnie moja przyjaciółka kochana, popijają z miseczki – to jedna z nielicznych zup, która ma swój wyrazisty smak i wchodzi nam, Europejczykom.
- Miso, i ta tutaj sojowa, nasz żurek z sfermentowanej mąki – jedna grupa zup! – odkrywam Amerykę -  próbowałaś innych, mniej fajnych?
- Oj… TAK! Zupa z wysuszonych ryb i kalmarów. Zaledwie 20 minut się te suszki śmierdzące gotuje w wodzie, beż żadnych warzyw. Błeeeee. Dla mnie straszne. I jeszcze taka inna, mdła z białej rzepy, z makaronem czarnym.
- Czarnym?
- No, dodają do mąki wydzieliny z kałamarnicy i jest czarnoszary. Ubierają te zupę i makaron surową rzepą, i jajkiem na twardo. Jednak… Nie dla nas! Zbyt odległe smakowo. Chociaż ten czarny makaron niezły, ale sam.

W domu byłyśmy równolegle z Tadeuszem. Zrobiłam mu wielkie omlecisko ze wszystkim, co zalegało w lodówce po naszych śniadaniach – jedna parówka, pomidor, resztki szczypioru i plasterek podeschłego sera.
Do tego piwo i Tadeusz szczęśliwy i najedzony wysłuchiwał naszych relacji z Daegu. Pomógł mi porozmieszczać w lodówce produkty upewniając się jak dzisiaj Wanda, czy ja nie zanadto zaszalała, czy nie czuję się zmęczona i wykorzystana jak Kopciuszek.
- Przeeeeeeeeeeestań – powiedziałam dobrotliwie.

http://www.youtube.com/watch?v=6KCWzRfFyr4

13:44, malgorzata.kalicinska , Notki
Link Komentarze (5) »
niedziela, 14 grudnia 2008

O, mamo! Byłam na masażu.
Pani Koreanka tak się zabrała za mnie, że czuję jej mocne małe dłonie, szczególnie na karku. Poleciała po całości, międląc mnie, jak kawał ciasta na pierogi. Taka mała! Siekała po łydkach jak kotlety!
Potem dała popis chińską bańką po moich udach tak, że wyłam. Przesadzam, ale bolało jak diabli. Celulit będzie się musiał poddać po takich zabiegach. Nie jest drogo, więc chyba wezmę takich zabiegów jeszcze z dziewięć. Wtedy będzie efekt.
Jest niedowidząca, ale jest mistrzynią swojego zawodu. Okazało się, że w Korei jest roztoczona państwowa opieka nad niepełnosprawnymi. Wanda pokazała mi artykuł, w którym mowa jest o ustawie mówiącej o wyłączności zabiegów masażu dla osób niewidomych i niedowidzących, jest ich dużo i nie mogą mieć konkurencji w postaci osób, które mogą wykonywać inny zawód np., rehabilitanta czy coś.
- To bardzo po mojemu – powiedziałam do Wandy – Opieka nad niepełnosprawnymi to oblicze kraju. Mówi się, że kulturę narodów poznaje się po stosunku do istot słabszych.
- Chcesz politykować? - Wanda dziwi się.
- Nie, to raczej społeczniacki duch. Taka „żeromszczyzna”, jak ze mnie kpią znajomi.
- Widać Twoja żeromszczyzna bliska jest Koreańczykom. Chodź! Zimno mi.

W drodze powrotnej spotkałyśmy Pooję wracającą z zakupów, więc zabrałyśmy Jej pakunki i paplałyśmy wesoło.
W domu czekał na nas Tadeusz i …pół szarlotki.
- Fajna! – pochwalił – Kupiłyście mleko? Całe wypiłem!

14:31, malgorzata.kalicinska , Notki
Link Komentarze (8) »

Tadeusz zaproponował wyjazd krajoznawczy, ale wiemy, że wolałby z Wojtkiem połazikować, więc wykręciłyśmy się obowiązkami.
Pojechali – szczęśliwi, zdaje się!
My wróciłyśmy z bazarku w południowej części Ulsan, za portem, w prawo. Niewielki, ale przyjemny i sprzedawcy tacy wylewni (jak na Koreańczyków).
 Zdecydowałam się wypróbować tutejsze jabłka na szarlotkę.
- Tadeusz się ucieszy. Ja nie piekę. Kupujemy tutejsze słodkości, ale mało, w trosce o wiesz, co…
- Ty jesteś szczupła! A Tadeusz, tylko trochę jest… „Dosadniejszy” niż kiedyś!
- No właśnie, o to „trochę” się wścieka. Zrób, zrób! Oj tęskni on do jabłecznika! Jak tylko wypadamy do kraju z miejsca wcina szarlotki gdzie się da.
- Cynamon masz?
- Mam!
Jabłka no racja, za słodkie, ale poradzimy sobie!
Skropiłam je cytryną i odstawiłam, żeby nią nasiąkły. Raz dwa skręciłam kruche ciasto. Zamiast cukru – miód. Duże kawałki jabłek udusiłam w startych i dodałam cynamonu. Cukru wcale, bo i tak słodkie są.

Szarlotka została w domu – czekając na Tadeusza, a my poszłyśmy do Tesco poszukać choinki.
- Zazwyczaj wstawiam do wazonu gałęzie sosny – Wanda się tłumaczy z faktu nie posiadania sztucznego drzewka.
- Przestań! Co za problem? Bywają sztuczne – jak prawdziwe! Zobaczysz!
Jednak w Tesco żadnej ładnej nie było, nie licząc jednej maleńkiej z Mikołajem i saniami, jako zabawka dla dzieci (katolickich). Okropny plastik!
- No to pojedźmy do Daegu!
- OK. Poddałam się. Jutro pojedziemy do tego Daegu.
- Dzisiaj zaprowadzę cię na masaż kręgosłupa i zresztą reszty też. Zobaczysz! Poczujesz się jak bogini!

Wychodząc z domu zajrzałam do kapusty.
Pachnie jak z beczki prawdziwa kiszona! Yes!
Ogórki …powoli, jakoś. Ładnie pachną, ale nie widać, żeby szalały.
Śledziopodobne…Zapach chyba bardziej rybny…Ostry. Na razie nic się nie dzieje. No, znaczy - zasalają się.

10:42, malgorzata.kalicinska , Notki
Link Komentarze (1) »
sobota, 13 grudnia 2008

Wieczorem

Na mojej poczcie już są życzenia świąteczne od przyjaciół, bo towarzystwo się rozjeżdża – w Alpy szwajcarskie na narty, albo do Włoch. Inni zostają w Polsce, tylko ja – gdzieś strasznie, ich zdaniem, daleko. Za daleko!

Wojtek nas zaprosił na pokaz filmu, jaki nakręcił w Indiach. Trzeba przyznać, że ciekawie kręci, bo gada do kamery, na gorąco komentując. Ma nieziemskie poczucie humoru takie „na poważnie”.
Piliśmy tequillę i jedliśmy sałatki curry, bo po pierożkach mało już w nas miejsca na cokolwiek.

15:23, malgorzata.kalicinska , Notki
Link Komentarze (4) »
 
1 , 2 , 3
| < Grudzień 2016 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
      1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
12 13 14 15 16 17 18
19 20 21 22 23 24 25
26 27 28 29 30 31  
Świat doskonałego nastroju
tchibo